Lektura na weekend: Czarownica z Kazimierza

Dziś w cyklu „Lektura na weekend” przedstawiamy Państwu obrazek inspirowany aktami sądowymi z 1680r. w Kazimierzu, które z mroku dziejów wydobył i upublicznił w swojej książce „Mieszkańcy Kazimierza Dolnego w złotym okresie miasta 1550 – 1650” Andrzej Szymanek.

Nie przebrzmiały jeszcze echa po wydanej niedawno powieści „Ciała niebieskie” autorstwa kazimierskiej pisarki Mai Wolny, a już na rynku wydawniczym pojawiła się kolejna książka z Kazimierzem w roli głównej. Tym razem poświęcona mieszkańcom Miasteczka w czasie jego największej prosperity. To publikacja Andrzeja Szymanka „Mieszkańcy Kazimierza Dolnego w złotym okresie miasta 1550 – 1650”.

Sądowe zeznania wybrane z Ksiąg miejskich Kazimierza Dolnego przez autora są tak plastyczne, że same układają się w historie. Poniżej publikujemy naszą redakcyjną impresję inspirowaną jednym z fragmentów książki „Mieszkańcy Kazimierza Dolnego w złotym okresie miasta 1550 – 1650”.

… widziałem cię, kiedyś zbierała rosę po polu w skopiec…

Być może był piękny letni dzień. Przez luźno zbite deski szopy przeświecało słońce. Drobiny kurzu wirowały w powietrzu niby złoty pył. Zapach siana układanego w zapolu był tak intensywny, że aż dusił. Jan Gołębiowski był przy tej pracy sam. Śpieszył się, bo w domu czekał już obiad, ale on chciał dokończyć robotę. Żeby zaraz po południowym odpoczynku wrócić na pole i zwieźć resztę siana przed nocą. Było suche jak pieprz. A nuż przyjdzie deszcz?

Wierzeje od stodoły zaskrzypiały przeciągle i w polu widzenia ukazały się dwie postacie. Kobieta i mężczyzna.

-Dzień dobry, panie Janie. Pomagaj Bóg* – odezwała się kobieta.

Jan poznał sąsiadkę. To Zofia Jaczkowiczowa. To jej krowa weszła mu onegdaj w zboże i poczyniła szkody. Co z tego, że tylko na snop? Na samo wspomnienie zdeptanej pszenicy aż wzdrygnął się.

-Zjedze diabła, kurwo czarownico* – odpowiedział ze złością i klęknąwszy palec na palec złożył – Poprzysięgnę cię, kurwo czarownico, żeś czarownica! Widziałem cię, kiedyś tak rok zbierała rosę po polu w skopiec!*

Gołębiowski wiedział dobrze, że żaden sąd nie będzie chciał zajmować się jego krzywdą. Co to jest dla wójta i ławników „na snop”? Tyle co nic. Zwłaszcza, że bydlęta – jak bydlęta – chodzą, gdzie same chcą. W końcu nie raz zdarzało się, że i jego zwierzęta gospodarskie sąsiadom w szkodę wlazły. Ale że sąsiadka płacić nie chciała, to zeźliwszy się mocno, postanowił inaczej sobie powetować stratę. Plotką. Bo złe języki zrobią lepszą robotę niż niejeden wyrok sądowy. Niech i Jaczkiewiczowa szkodę ma!

Jaczkiewiczową aż zatrzęsło. A to jucha zapowietrzony! Nie dość, że przed ludźmi powtarza te oszczerstwa, to jeszcze i teraz, kiedy ona godzić się przyszła, pysk wywiera!

-Złodzieju, nie dowiedziesz mi tego!* – wrzasnęła ugodzona do żywego.

A tak po prawdzie niepokoiło ją to ludzkie gadanie. Ona czarownica? Niby wszyscy ją tu znali i wiedzieli, że porządna z niej kobieta, ale wiadomo, dokąd to plotka może zaprowadzić? Dlatego przyszła pogodzić się z sąsiadem. A że wiedziała, że Gołębiowski jest raptus, to nie przyszła sama. Tylko z Cichoniem. W roli świadka.

Nawet nie przypuszczała, jak bardzo przyda się ów testis. Bo oto rozeźlony Gołebiowski chwycił nagle jakiegosiś drąga i zamierzył się prosto na nią! Ledwo się usunęła, ale toporzysko i tak walnęło ją w rękę, aż zapiekło. Rzuciła się z pazurami na sąsiada. Ledwo ich Cichoń rozdzielił. I tyle przyszło z tego całego godzenia się…

Jaczkiewiczowa jednak nie darowała. Poszła ze skargą do gminy. Ryzykowała sporo, bo procesy o czary zdarzały się w okolicy. Nawet w samym Kazimierzu. Opowiadali przecież ludzie o tej znachorce Zaleskiej, co próbowała szukać skradzionych koni, „lekowała” mleko i próbowała zdejmować uroki z masła. Chociaż marna z niej była czarownica, to i tak sądzili ją za czary. A nawet torturowali! I to aż w trybunale w Lublinie! W końcu jednak wypuścili. I na takie miłosierdzie liczyła też i Jaczkiewiczowa. A przede wszystkim na sprawiedliwość.

I sprawiedliwości się doczekała. Roku pańskiego 1680 sąd „wójtowski i ławniczy kazimierski w sprawie między sławnemi Zofią Jaczkowiczową actorką a Janem Golembiowskim pozwanym o zarzucenie czarów” po wysłuchaniu świadków wykazał się racjonalnym podejściem do sprawy.

Jak dokładnie skończyła się tamta sprawa o czary?

Odsyłamy do książki „Mieszkańcy Kazimierza Dolnego w złotym okresie miasta 1550 – 1650” autorstwa prof. Andrzeja Szymanka. To efekt wieloletnich studiów akt miejskich Kazimierza Dolnego.

Książka w twardej oprawie, pięknie wydana, liczy blisko pięćset stron. Zawiera wiele barwnych historii z życia mieszkańców Kazimierza Dolnego. Wydano ją w tym roku staraniem Towarzystwa Przyjaciół Janowca.

*Cytaty z akt sądowych zawartych w książce Andrzeja Szymanka „”Mieszkańcy Kazimierza Dolnego w złotym okresie miasta 1550 – 1650”

Czytaj także:

Lektura na weekend: Ten kolor…>>>
Lektura na weekend: Zwłok>>>
Klątwa Mai Wolny>>>

Witaj
Zapisz się na nasz newsletter

Będziesz otrzymywać informacje o ciekawych wydarzeniach

Nie wysyłamy spamu, nie przekazujemy nikomu adresów email.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *